W nocy z pierwszego na drugi maja ktoś ukradł nam wędki.
Właściwie to wziął je sobie po prosu znad stawu. Stały tam oparte o strach na czaplę już około pięć lat. Nie to że nie były nieużywane, ale zawsze tam je odstawialiśmy po wędkowaniu.Jak do tej pory nic nie ginęło.
Co prawda teren w tym miejscu nie jest ogrodzony, ale do tej pory wszystko pozostawało na swoim miejscu.
No nie poprawka dokładnie tydzień wcześniej ktoś bezczelnie zabrał naszą starą banieczkę od mleka, która z racji dziurawego dna służyła za pojemnik na gwoździe. W sobotę kończyliśmy remont namiotu foliowego i zostawiliśmy część rzeczy pod folią. Tak więc ktoś - podejrzewamy, że jeden ze zbieraczy ślimaków winniczków, "pożyczył" sobie naczynie na te stworzenia. Szkoda tylko, że przy okazji wysypał gwoździe na trawę... Dobrze się złożyło, że były t dość duże sztuki, bo źle się by je zbierało spośród roślinności, a ich pozostawienie mogłoby być niebezpieczne dla pasących się kóz...
Wracając do wędek, nie przedstawiały większej wartości, jednak zdenerwował nas sam fakt bezczelnej kradzieży. Wśród skradzionych rzeczy była wędka ze spławikiem, który własnoręcznie wykonałam w tamtym roku z plastikowej kredki. Odnosiliśmy na niej duże sukcesy, choć nie wyglądała na skuteczną. Dlatego sądzimy, że nie był to żaden znawca sprzętu - jakiś pijaczek - lub było jeszcze ciemno i brał wszystko, jak leci. Za tym przemawiało by pozostawienie ogromnego i nieporęcznego bata.
Mąż próbował następnej nocy obserwować okolice stawu, ale złodziej się nie pojawił...
Pozostaje czekać na rozwój wypadków.